środa, 13 kwietnia 2011

Stanisław Pałac "Mariański"

Idąc tropem biografii żołnierzy "Ponurego" i "Nurta" chciałbym przedstawić Wam niezwykle interesujący artykuł o kpt. Stanisławie Pałacu "Mariańskim" autorstwa Sławomira Maszewskiego z Żyrardowa. Tam właśnie ostatnie lata życia spędził "Mariański" jako... Nie będę uprzedzał faktów. Życie jest ciekawe samo w sobie, a zatem... 

A gdy strzały umilkły nareszcie,
Nikt im laurów nie kładł na głowy,
Nikt kwiatami nie witał ich w mieście,
Nie przygrywał im hymn narodowy (…)
Kajać im się kazali po sądach
I za własną tłumaczyć się krew,
Jak psy kryć się musieli po kątach,
W piersiach tłumiąc rozterkę i gniew…

„Andrzej” Andrzej Gawroński
Melbourne, czerwiec 1981

Bohaterów przeszłości kreuje legenda. Okoliczności polityczne, ludzkie ambicje i ciekawość kreślą sylwetki jednowymiarowych postaci wypełniających karty wspomnień i podręczników. Ludzi, którzy nie upomnieli się o należne im miejsce ze skromności, a może po prostu dlatego, ze nie widzieli w swoim życiu nic niezwykłego, Historia nie lubi. Umieszcza ich na poboczu. Pozostają jedynie w pamięci najbliższych. Jak wielu z nich należałoby jeszcze ocalić od zapomnienia?

Ten szkic biograficzny poświęcony jest człowiekowi, który znaczną część życia związał z Żyrardowem. Dla kilku pokoleń mieszkańców był nauczycielem i wychowawcą. Dla nielicznych – kapitanem „Mariańskim” z Gór Świętokrzyskich, który w trudnych czasach manipulowania przeszłością odkrywał przed nami przemilczane karty najnowszych dziejów Polski.

W skromnie ubranym starszym panu spacerującym ponad dziesięć lat temu ulicą Kościuszki trudno było podejrzewać Stanisława Pałaca, kawalera Srebrnego Krzyża Virtuti Militari, Krzyża Walecznych i kilku innych odznaczeń. Prawego człowieka o niezwykle skomplikowanym życiorysie, którego w propagandowych książkach wielokrotnie krzywdzono nazywając „bratobójcą i zbrodniarzem”, bądź skazywano na milczenie obejmując jego nazwisko całkowitym zakazem publikacji. W tym procederze miała też udział nasza lokalna prasa. Ktoś przecież podjął decyzję o usunięciu z 45 numeru „Życia Żyrardowa” z 12 listopada 1977 roku artykułu red. Tadeusza Sadowskiego o Stanisławie Pałacu i zastąpienia go typowym „produkcyjniakiem” o Chemitexie [1]. Cykl – „Ludzie, których spotykamy” uległ zubożeniu, ale czy tylko? Czy nie stracili wszyscy mieszkańcy Żyrardowa?

Nadszedł czas wielkiej rewindykacji prawdy historycznej. Warto o tym pomyśleć kreując patronów ulic naszego miasta!

Stanisław Marian Pałac urodził się 16 kwietnia 1913 roku w Sosnowcu w rodzinie górniczej. Był synem Wawrzyńca i Heleny [2]. Trudne warunki bytowe skłoniły rodzinę Pałaców do emigracji zarobkowej do Francji. Tutaj trójka ich dzieci ukończyła szkołę powszechną. Korzystając z akcji zapraszania do kraju dzieci Polonii, Stanisław wraz z bratem odwiedzili Polskę. Wówczas matka, Helena Pałacowa podjęła decyzję kształcenia synów w kraju. Stanisław trafił do Grodna, gdzie ukończył gimnazjum i liceum. Mimo, że jego brat powrócił do Francji, on postanowił pozostać w Polsce. Wyjechał do Warszawy i w roku 1936 podjął studia w szkole wojskowej, Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego (dawna nazwa Akademii Wychowania Fizycznego – przyp. aut.). Niełatwo było młodemu człowiekowi, pozbawionemu oparcia w rodzinie, kontynuować naukę. W końcu upór i konsekwencja przyniosły sukces. W roku 1939 zdobył dyplom i uprawnienia nauczyciela wychowania fizycznego. Warto wspomnieć, że w czasie studiów Stanisław Pałac był współorganizatorem strajku na uczelni, dzięki któremu CIWF uzyskał uprawnienia szkoły cywilnej. W latach 1934-35 Pałac ukończył roczny kurs podchorążych rezerwy, który przyniósł mu stopień podporucznika rezerwy.

Wojna zastała go w obozie wojskowym Legii Akademickiej. Po wcieleniu do regularnej armii 6 września objął stanowisko adiutanta dowódcy batalionu w 76 pułku piechoty. Wraz ze swoim pułkiem walczył w obronie Lwowa, aż do kapitulacji miasta przed Rosjanami 22.IX.1939 roku. Fakt, iż nie podzielił losu wielu polskich oficerów internowanych w obozach Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa zawdzięczał tylko sobie. Uciekł z niewoli i przedostał się do Grodna. Liczył na znajomych i kolegów szkolnych, którzy mogliby pomóc mu w rozpoczęciu cywilnego życia pod sowiecką okupacją. Znalazł schronienie i pracę. Od 15 października do 22 grudnia 1939 roku pracował jako nauczyciel w Szkole Ogólnokształcącej przy ulicy Mostowej [3].

Ponure piętno okupacji sowieckiej nie oszczędziło jednak i jego. Jako były oficer „pańskiego wojska burżuazyjnej Polski” został zadenuncjowany przez jednego ze szkolnych kolegów i dostał się w ręce NKWD. Ceną życia Stanisława Pałaca miało być podjęcie się przez niego roli agenta sowieckich władz bezpieczeństwa. Kilkukrotnie pobity, pozorując zgodę na współpracę, uzyskał kilkudniowe zwolnienie z aresztu. W tym czasie koledzy pracujący na kolei przerzucili go przez granicę.

W Warszawie, do której dotarł w styczniu 1940 roku natychmiast zameldował się u swojego zwierzchnika z czasów studiów i złożył mu raport o swoim kontakcie z NKWD.

- „Panie poruczniku” – odpowiedział pułkownik – „Obecna wojna prowadzona jest środkami totalnymi. Pańskie oficerskie słowo honoru biorę na siebie. Proszę wstępować do konspiracji.”

I tak Stanisław Pałac włączył się w powszednie dni warszawskiej konspiracji. Nawiązał kontakty z kolegami zaangażowanymi w działalność podziemia. W końcu stycznia 1940 roku w jednym z konspiracyjnych lokali Żoliborza złożył przysięgę i wstąpił do ZWZ (Związku Walki Zbrojnej). Nie szukał romantycznej przygody, nie odczuwał niedosytu wrażeń po kampanii wrześniowej. Był Polakiem i nie widział przed sobą innej drogi, niż walka z najeźdźcą, choćby za cenę własnego życia.

Początkowo otrzymał zadanie gromadzenia broni, amunicji i wszelkiego sprzętu wojskowego w rejonie Żoliborza, Bielan i Powązek i gromadzenia ich w zakonspirowanych lokalach. Współpracował wówczas Mieczysławem Niedzielskim, ps. „Sadownik”, „Żywiciel”, przyszłym dowódcą II obwodu AK w Warszawie i komendantem powstania na Żoliborzu.

Wkrótce Stanisław Pałac otrzymał przydział oficera wywiadu. Zbieranie informacji i nawiązywanie kontaktów ułatwiał mu oficjalny status pracownika warszawskiej gazowni mieszczącej się przy ulicy Ludnej, gdzie pracował jako robotnik, a później strażak.

W pracy konspiracyjnej pomagała mu żona Eliza ps. „Ela”, „Lucyna” (z domu Prusator), pełniąca funkcję łączniczki, zawsze gotowa dzielić z nim wszelkie niebezpieczeństwa. W początkach swej pracy w podziemiu posługiwał się Pałac pseudonimami – „Marian”, „Wiktor”, „Monitor”. Jego najsławniejsze „nom de guerre” – powstało później, najprawdopodobniej w roku 1941. Od tej pory posługiwał się wyłącznie pseudonimem „Mariański”.

Słabość żywiołowej konspiracji pierwszego okresu wojny zaowocowała licznymi porażkami. W sierpniu 1941 roku „wpadł” punkt kontaktowy znajdujący się w mieszkaniu państwa Pałaców. „Mariański” został wówczas wysłany do Krasnegostawu, gdzie objął funkcję adiutanta dowódcy Inspektoratu ZWZ. Jego bezpośrednim przełożonym był kpt. „Młot”.

Latem 1942 roku Niemcy wpadli na trop siatki konspiracyjnej Obwodu. Poszukiwany przez gestapo Pałac dosłownie w ostatniej chwili opuścił konspiracyjny lokal skacząc przez okno. Przez kilka tygodni ukrywał się na terenie powiatu Krasnystaw, aby wreszcie powrócić do Warszawy w sierpniu 1942 roku [4].

W Warszawie zamieszkał przy ulicy Marszałkowskiej 71, a później we Włochach pod Warszawą przy ulicy Chrobrego. Po nawiązaniu konspiracyjnego kontaktu z Komendą Obwodu na Żoliborzu otrzymał polecenie zorganizowania wywiadu w komisariatach policji granatowej, a także w Komendzie Głównej policji i w Kripo (Kriminalpolitzei). Mimo niewątpliwych sukcesów wywiadowczych, działalność ta wkrótce przestała mu odpowiadać. Chciał walczyć otwarcie, z bronią w ręku. Nie było to proste, bowiem Komenda Główna Armii Krajowej (istniejącej od 14.II.1942 r. – przyp. aut.) starała się ograniczać walkę bieżącą wobec wzrastających represji okupanta.

Wiosną 1943 roku poznał Pałac człowieka, który podobnie jak on był zmęczony konspiracją, cichociemnego ppor. Jana Piwnika ps. „Donat”, „Ponury”. Szybko nawiązali kontakt, w wyniku czego „Mariański” przyjął propozycję przejścia do partyzanckiego oddziału Kedywu organizowanego na Kielecczyźnie. Do lasów siekierzyńskich przybył „Mariański” w maju lub w początkach czerwca 1943 roku i od tego dnia aż do wiosny 1945 roku nie zdjął munduru. Jako dowódca III Zgrupowania w oddziałach partyzanckich Zgrupowania „Ponury”, a następnie zastępca dowódcy I batalionu 2 pp. leg. AK, wreszcie dowódca tego batalionu brał udział we wszystkich walkach tego oddziału na Kielecczyźnie. Uczestniczył w akcji odwetowej za spalenie przez Niemców wsi Michniów w lipcu 1943 roku. W sierpniu jego Zgrupowanie likwidowało konfidentów i bandy rabunkowe w ziemi opatowskiej. W dniach 16 września i 28 października uczestniczył w walkach z dziesięciokrotnie silniejszymi oddziałami Wehrmachtu i żandarmerii, które usiłowały zniszczyć leśne oddziały AK.



Zwłaszcza druga z wymienionych walk przeszła do historii wojny partyzanckiej jako jej szczytowe osiągnięcie. Działania te zostały wyczerpująco przedstawione w książce Cezarego Chlebowskiego - „Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie”.

Jesienią 1943 roku powrócił „Mariański” w Góry Świętokrzyskie, ulubiony teren operacyjny III Zgrupowania. I tutaj wydarzyła się historia, która zaciążyła na całym jego życiu przynosząc mu miano „bratobójcy”.

W grudniu 1943 roku „Ponury” rozpuścił na okres zimowy swoje Zgrupowania. Na Szczytniaku w Jeleniowskim paśmie Gór Świętokrzyskich pozostał sztab i 80 partyzantów. W dniu 8 grudnia grupa nieuzbrojonych rannych i chorych akowców z oddziału zeszła z gór do miejscowości Stary Skoszyn udając się na „meliny”. Na te grupę napadł 17-osobowy oddział GL pod dowództwem „Tanka” Zenona Kołodziejskiego szumnie nazywany brygadą GL im. Zawiszy Czarnego. W tym samym czasie z obozu na Szczytniaku wyjechały dwa wozy konne wyładowane bronią, która chciano ukryć na zimę. Eskortował je patrol pod dowództwem sierżanta „Listka” [5]. Przy pierwszych zabudowaniach wsi żołnierze „Tanka” okrzyknęli patrol: „Stój, kto idzie?” „Partyzanci od Ponurego” – odpowiedział „Listek”. Zapytano dokąd idą. „Odwozimy rannych i broń na meliny”- padła kolejna odpowiedź.

„A wy sukinsyny zamiast bić faszystów na meliny idziecie” i w tej samej chwili GL-owcy pragnąć przejąć ładunek, zaatakowali patrol ogniem broni maszynowej. Na odgłos strzałów ppor. „Mariański” poderwał żołnierzy osłony i wspomógł ostrzeliwanych kolegów. „Tank” z kilkoma żołnierzami zbiegł. Ośmiu innych zabarykadowało się w chacie na skraju wsi. „Mariański” nie zdając sobie sprawy, z kim miał do czynienia, zagroził, że jeżeli oblężeni się nie poddadzą, wrzuci do środka granaty. Porzuceni przez dowódcę żołnierze poddali się. Wśród nich było 5 Polaków i 3 Rosjan. „Ponury” natychmiast zwołał sąd polowy i po krótkiej naradzie trzech niepełnoletnich GL-owców wybatożono i puszczono wolno, pięciu innych, którym udowodniono znęcanie się nad rannymi, skazano na śmierć i rozstrzelano. Nie był to akt polityczny, ale okrutna kara czasów wojny za rozbój z bronią w ręku [6].

„Mariański” nie uczestniczył w sądzie polowym, ani w egzekucji, ponieważ ubezpieczał oddział, ale to jemu właśnie przypisano odpowiedzialność za zaistniałe wydarzenia. W wyniku informacji przekazanych przez jednego z uwolnionych GL-owców do Dowództwa III Okręgu GL Radom wpłynął raport nr 29 z 13 XII.1943 roku autorstwa Andrzeja Adriana ps.. „Felek”, w którym można przeczytać:

„[…] Dowódcą tej bandy NSZ (która dokonała egzekucji – przyp. aut.) był por. „Mariański”, a zastępcą jego „Ponury”. Obaj znani wszystkim okolicznym dworom jako dobrzy patrioci i solidni Polacy, o czym przekonałem się na własne uszy. Ów „Mariański” w kwietniu (?) wymordował 6 ludzi z oddziału im. Langiewicza. […] Nie żałujcie sobie w naszej prasie a propos mordu” [7].

I tak ten stek nieścisłości zrodził fałszywe oskarżenie. „Mariańskiego” skazano zaocznie na śmierć, a cień Starego Skoszyna prześladował go do października 1967 roku, kiedy to po raz ostatni oficer SB z Powiatowej Komendy MO w Grodzisku Mazowieckim wezwał go na przesłuchanie jako „świadka mordu na ludowych partyzantach” i „maglował” w sprawie „popełnionej zbrodni” [8]. Procederu tego zaniechano prawdopodobnie na skutek listu Stanisława Pałaca do dyrektora gabinetu ministra Spraw Wewnętrznych płka Mariana Janica z 12.V.1966 roku [9], w którym po raz kolejny „Mariański” wyjaśnił tę sprawę. Jak zareagował Janic nie wiadomo, tyle tylko, że wezwania do Komendy MO ustały. Ale przeprosin za szykany i oszczercze publikacje, w których przodowali Stefan Skwarek i Wojciech Sulewski, ani pełnej rehabilitacji nie doczekał się „Mariański” za swojego życia. Wręcz przeciwnie, jego nazwisko objęto klauzulą milczenia. Do późnych lat 70-tych nie uwzględniano go w publikacjach historycznych dotyczących Kielecczyzny.

Natomiast prawdziwy „bohater” tej historii – Zenon Kołodziejski „Tank” mimo wyroku śmierci wydanego za dezercję przez własną organizację, po wojnie znalazł pracę w organach bezpieczeństwa (sic!).

Wczesną wiosną 1944 roku powrócił Pałac do czynnej walki z okupantem. Uczestniczył we wszystkich walkach 1 batalionu 2 pp. leg. AK pełniąc obowiązki zastępcy dowódcy batalionu kpt. „Nurta” Eugeniusza Kaszyńskiego.

W ramach operacji „Deszcz” (fragment kieleckiej „Burzy” – przyp. aut.) maszerował na pomoc powstaniu warszawskiemu, bił się pod Łagowem i Dziebałtowem. Był w pierwszej linii ognia w październikowych walkach pod Lipnem i Chotowem. Nie oszczędzał się, zawsze w ogniu, z pistoletem maszynowym w ręku. Tak zapisał się w pamięci swoich żołnierzy.

Jego podkomendni z upodobaniem opowiadają epizod z bitwy pod Chotowem (30.X.1944), kiedy niemiecka obława po czterech dniach pościgu po całym powiecie otoczyła wreszcie skrwawiony batalion. Po natężonym ogniu nieprzyjaciela partyzantów opanował strach. Z niemieckich linii padły okrzyki:
- „Banditten, waffen abgeben!”
- „Poloki, poddojcie się”
I wówczas z polskiej linii dał się słyszeć donośny głos „Mariańskiego”, chyba nieświadomie naśladującego grube słowo wypowiedziane przez gen. Pierre Cambronne`a pod Waterloo:
- „Pocałujcie nas w d…..”
Huraganowej salwie śmiechu zawtórowały polskie automaty i karabiny. Niemców odepchnięto i wyrwano się z okrążenia [10].

W tej samej bitwie do legendy przeszło kierowanie przez „Mariańskiego” ogniem partyzanckiego moździerza. Pozbawiony przyrządów celowniczych i tabel okazał się doskonałą bronią w sprawnych rękach. Czterdzieści kilka wystrzelonych pocisków nie zostało zmarnowanych. Jakby kierowane siłą wyższą zawsze trafiały w cel. Za ich pomocą udało się zniszczyć obsługę ciężkiego karabinu maszynowego, rozbić niemiecki pluton zebrany na zbiórce na leśnej przesiece oraz zadać inne poważne straty nieprzyjacielowi [11].

Walka trwała. Pojawiły się awanse: 3 V 1944 roku do stopnia porucznika, a 21 I 1945 roku do stopnia kapitana i odznaczenia - Krzyż Walecznych, a potem Virtuti Militari [12]. Tylko do zwycięstwa, do Niepodległej było coraz dalej ….

Rozkaz dowódcy Sił Zbrojnych w Kraju gen. Leopolda Okulickiego „Niedźwiadka” z 19 stycznia 1945 roku o rozwiązaniu Armii Krajowej dotarł do mjra „Nurta” i kpt. „Mariańskiego” 23 stycznia. Zapamiętali i przykazali żołnierzom pamiętać ostatni rozkaz: „[…] Dalszą swą pracę i działalność prowadźcie w duchu odzyskania pełnej niepodległości i ochrony ludności polskiej przed zagładą. Starajcie się być przewodnikami Narodu i realizatorami Niepodległego Państwa Polskiego. W tym działaniu każdy z was musi być dla siebie dowódcą […]. W imieniu służby dziękuję Wam za dotychczasową ofiarną pracę. Wierzę głęboko, że zwycięży nasza Święta Sprawa, że spotkamy się w prawdziwie wolnej i demokratycznej Polsce”[13].

Rozpoczął się trudny okres „bez barwy i broni”. Po demobilizacji oddziału Stanisław Pałac dociera do Włoch pod Warszawą, gzie odnajduje żonę i teściową. Próbuje się ujawnić i rozpocząć spokojne, cywilne życie. Ale los jest nieubłagany, dla takich jak on. Płk Andrzej Adrian „Felek”, b. dowódca III Obwodu GL (nota bene autor niesławnego raportu) ostrzega go, że na rehabilitację nie ma co liczyć. Pozostaje ucieczka z kraju, bo do lasu nie chciał już wracać. Wraz z rodziną przedostaje się do Pilzna w Czechach i dalej przez „zieloną granicę” do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech. W Dreźnie napotkał żołnierzy NSZ, którzy zaproponowali mu stopień pułkownika i dowództwo jednej z kompanii wartowniczych. Propozycję tę odrzucił, był żołnierzem legalnej formacji zbrojnej Polskiego Państwa Podziemnego – Armii Krajowej, samozwańcze stopnie wojskowe nie licowały z jego godnością.

W lutym 1946 roku dotarł Pałac do Wentrof koło Hamburga, miejsca stacjonowania Polskiej Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Dla żołnierza Armii Krajowej nie znalazł się etat oficerski. Zatrudniono go jedynie jako pracownika kontraktowego w charakterze instruktora wychowania fizycznego w 1 spadochronowym baonie strzelców i nauczyciela przedmiotów ogólnych na kursach budowlanym i mechanicznym od 1 marca 1946. Swe obowiązki wykonywał sumiennie do 30 kwietnia 1947 roku, kiedy to kursy zamknięto, a jego samego zwolniono. Wyjechał wówczas do Francji i zamieszkał w Ostricourt w prowincji Nord. Znalazł pracę w firmie „Elektro-Nord” w Douai jako pracownik fizyczny [14]. Zarabiał tam zaledwie 2300 franków, co nie wystarczało na utrzymanie rodziny. Jednak nie warunki materialne, ale tęsknota za krajem okazała się najistotniejszym problemem. Po prostu we Francji nie był u siebie …

W 1948 roku Stanisław Pałac podjął ryzykowną decyzję powrotu do kraju pod swoim własnym nazwiskiem i 3 czerwca wyruszył z żoną i teściową do kraju [15]. Po krótkim okresie pobytu w Łodzi we wrześniu 1948 roku zdecydował się wyjechać na Ziemie Odzyskane. Osiadł w Obornikach Śląskich w powiecie trzebnickim (początkowo przy ul. Poniatowskiego 18). Po przybyciu skierowano go do pracy w Spółdzielni „Społem” [16]. Następnie wraz z żoną Elizą w latach 1948-1949 podjął pracę pedagogiczną w Zasadniczej Szkole Metalowej. Później przeniósł się do Wrocławia i do roku 1957 pracował w szkole podstawowej i V Liceum Ogólnokształcącym. Mieszkał wówczas przy ul. 8 maja 82 m. 2. Cienie przeszłości szły za nim wszędzie. Nie był już „zaplutym karłem reakcji”, pojawiła się łagodniejsza etykieta – „zamaskowanego demokraty”.

  
Do więzienia nikt go już nie zamknął, ale repertuar stosowanych wobec niego szykan był niemały. Pojawiły się naciski na jego przełożonych, żądanie kolejnych życiorysów spisywanych w kadrach, inwigilacja w pracy, rozpytywanie o szczegóły z jego życia, zabroniono awansowania go i odznaczania.

Dyskretne naciski dotyczące zmiany pracy spowodowały, że zaczął pracować w zakładach specjalnych Ministerstwa Sprawiedliwości. Uczył i wychowywał dzieci głuche w Nowym Mieście nad Pilicą w latach 1957-1961, później pracował w Zakładzie Poprawczym w Oryszewie, aby od października 1966 roku na stałe związać się z Żyrardowem. Tutaj podjął pracę wychowawcy w Państwowym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym.

Swoim uczniom i wychowankom oddał Stanisław Pałac serce i siły. Mimo trudnych kolei życiowych miał dla każdego życzliwy uśmiech. Uczył trudnej miłości do Polski w czasach powszechnego zakłamania i dla tych, którzy go znali na zawsze pozostał niekwestionowanym wzorem Polaka i patrioty.

Po przejściu na emeryturę, nękany długoletnią, nieuleczalną chorobą żył intensywnie życiem środowiska kombatanckiego. Organizował wyjazdy na Wykus, do dawnej partyzanckiej bazy, gdzie od 1956 roku cyklicznie spotykali się w czerwcu byli żołnierze Zgrupowań „Ponurego”. W miarę swych skromnych możliwości pomagał nie tylko ludziom ze swego otoczenia, ale i całkiem obcym. Wśród swoich byłych podkomendnych łagodził spory i konflikty. Z dumą mogę powiedzieć, że moje długie rozmowy z kpt. „Mariańskim” skłoniły mnie do podjęcia studiów na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego i obrania kariery nauczycielskiej.

Kawaler Krzyża Walecznych i Krzyża Srebrnego Orderu Virtuti Militari V klasy, Krzyża Armii Krajowej, Medalu Wojska Polskiego po raz 1, 2, 3 i 4, Medalu Pro Fide et Patria zmarł nagle 30 listopada 1983 roku pozostawił po sobie uczucie pustki i bolesnej straty. Pochowano go w Żyrardowie 3 grudnia 1983 roku. W listopadzie 1987 roku szczątki kapitana ekshumowano i przewieziono na cmentarz przy kościele w Nagorzycach, skąd rozciąga się wspaniały widok na jeleniowskie pasmo Gór Świętokrzyskich (partyzancką bazę III Zgrupowania AK „Ponury”). W ten sposób jego podkomendni i przyjaciele wykonali jego ostatni rozkaz.

W dniu śmierci „Mariańskiego” zerwałem kartę z kalendarza. Widniał na niej dobrze znany cytat z wiersza Cypriana Kamila Norwida: 

Coraz to z ciebie jako drzazgi smolnej,
Wokoło lecą szmaty zapalone;
Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny,
Czy to co twoje ma być zatracone?
Czy popiół tylko zostanie i zamęt,
Co idą w przepaść z burzą? – czyli zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament,
Wiekuistego zwycięstwa zaranie ….


Niestety, pytanie zawarte w wierszu w przypadku kpt. „Mariańskiego” pozostaje bez odpowiedzi.
Żyrardów, marzec 1992 roku

Kiedy przed dwunastu laty pisałem te słowa, ten gorzki epilog wydawał się być zasadny. Dziś jest inaczej. Żyjemy w wolnej i suwerennej Polsce. Myślimy o perspektywach, przeżywamy drobne i wielkie, codzienne kłopoty. Przeszłość zasnuwa się mgłą niepamięci, a ostatni żołnierze „Ponurego” odchodzą na „wieczną wartę”. Czy przetrwa pamięć o tych, którzy dla kraju poświęcali życie, wolność, a czasem tylko opinię prawych i uczciwych ludzi?

Dzisiaj przez Północną Dzielnicę Mieszkaniową Żyrardowa przebiega ulica kpt. Stanisława Pałaca. To, czy młodzi ludzie przechodzący tą ulicą będą wiedzieć, kim był ten człowiek, czy znicze będą płonąć na grobie kapitana „Mariańskiego” w maleńkich kieleckich Nagorzycach – będzie zależeć tylko od nas i od następnych, wychowanych przez nas pokoleń.
Sławomir Maszewski
Żyrardów, marzec 2004 roku

_______________________________
Przypisy:
[1] „Szczotka” w posiadaniu autora.
[2] Prawdopodobnie z domu Aleksiuk.
[3] Oświadczenie notarialne Danuty Nałęcz-Buczarskiej złożone w Państwowym Biurze Notarialnym w Warszawie, al. Gen. Świerczewskiego 58 w dn. 7 października 1957 roku; oświadczenie Jadwigi Prusator z 27 września 1957 roku przed kierownikiem Oddziału Organizacyjnego Prezydium Dzielnicowej Rady Narodowej Wrocław-Śródmieście.
[4] Oświadczenie notarialne Jadwigi Fabrycy, z dn. 25 lipca 1960 roku złożone przed notariuszem Witoldem Jamonttem w Państwowym Biurze Notarialnym w Łodzi .
[5] lub „Liska”.
[6] Na podstawie relacji Stanisława Pałaca i artykułu Jacka E. Wilczura, Odrobić czas bezlitosny, „Za i Przeciw” z 11 października 1981, s. 16 i 23.
[7] Centralne Archiwum KC PZPR, sygn. 191/XXIII-2.
[8] Wezwanie Komendy Powiatowej MO z 23 października 1967 roku (w posiadaniu aut.)
[9] Odpis listu w posiadaniu autora
[10] Leszek Popiel „Leszek”, „Antoniewicz”, Batalion Partyzancki 2 pp. .Leg. „Nurt”. Zarys historyczny, odpis maszynopisu z 1962 roku w posiadaniu autora, s. 77.
[11] Eugeniusz Kaszyński „Nurt”, Byle do zmroku [w:] Drogi cichociemnych. Opowiadania zebrane i opracowane przez Koło Spadochroniarzy Armii Krajowej, Londyn 1961, s. 281-283
[12] Weryfikacja Głównej Komisji Weryfikacyjnej AK l.dz. 2332/Gł. K. Wer. 46, Londyn 27 września 1947 r. na podstawie weryfikacji dokonanej przez Komisję Weryfikacyjna AK w Wentrof k/Hamburga l.dz. 12986/46 z dn. 14 X 1946 r.
[13] Rozkaz Komendanta Armii Krajowej gen. Leopolda Okulickiego do żołnierzy o rozwiązaniu Armii Krajowej z 19.I.1945 roku, Armia Krajowa w dokumentach, t. V, nr 1391.
[14] Zaświadczenie konsula generalnego RP z Lille we Francji Andrzeja Kuśniewicza z 11 lutego 1948 roku.
[15] Zaświadczenie Państwowego Urzędu Repatriacyjnego nr 043645.
[16] Zaświadczenie przesiedleńcze nr 163 z 13 września 1948 roku podpisane przez wicestarostę grodzkiego dzielnicy Łódź-Śródmieście Edwarda Kamionkę.
   

Fotografie pochodzą ze zbiorów S. Maszewskiego.


5 komentarzy:

  1. Aż się prosi o jakiegoś zapaleńca, który podejmie wyzwanie napisania biografii "Mariańskiego"!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak nieraz się zastanawiam nad pseudonimami partyzantów. Wcześniej był art o Łotyszce, tutaj wiadomo, urodzona w Rydze. Natomiast Mariański to dosyć oryginalny pseudonim, czy ma ktoś info skąd się takowy wziął?

    OdpowiedzUsuń
  3. Na drugie imię miał Marian.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zyciorys piekny, ale komentarz na temat NSZ, jezeli pochodzi od bohatera artykulu, swiadczy o tym, ze byl to czlowiek ubrany w 'konskie okulary'.

    OdpowiedzUsuń
  5. Cytat o NSZ jest autorstwa Andrzeja Adriana ps. „Felek” z GL. Akapit wcześniej o tym jest napisane.

    OdpowiedzUsuń